Trzeba pamiętać, że mniej więcej co pięć wieków w Kościele, ale i w całym świecie zachodzi wielka przemiana. Kościół nie trwa w jednej i tej samej formie, ale umiera i odradza się na nowo. W tym sensie upodabnia się do samego Chrystusa, który  jest jednocześnie kapłanem i ofiarą. My, Kościół, przez pewien czas podążamy naprzód, a potem umieramy. Zrzucamy skórę jak wąż. Tracimy liście jak drzewa. Aż w końcu nadchodzi porażka, następuje pozorny rozpad. Zostajemy złożeni do grobu tylko po to, by ponownie wstać. Kościół zawsze powstaje z grobu.

W historii chrześcijaństwa umieraliśmy już czterokrotnie. Po raz pierwszy na początku V wieku, gdy upadał Rzym. Wcześniej przez ponad dwa stulecia przelewano tam krew męczenników, ale kiedy Wieczne Miasto stało się chrześcijańskie, zniszczyli je barbarzyńcy. Świat nie widział chyba większego upadku od czasu, gdy szatan został strącony z nieba. Nieszczęsny św. Hieronim, który przebywał wówczas w grocie w Betlejem, gdzie zajmował się tłumaczeniem Pisma Świętego, stwierdził, że świat wywrócił się do góry nogami. Święty Augustyn, wielki biskup północnej Afryki, tak często głosił kazania o upadku Rzymu, że jego wierni słuchacze zaczęli mówić: Sit laciata Roma! – „Niech już przestanie mówić o Rzymie!". Osiemnaście lat spędził na pisaniu dzieła Państwo Boże, które jest komentarzem do upadku Rzymu oraz do faktu, że winą za ten upadek obarczano chrześcijan. Kościół umarł. A potem narodził się na nowo. Przyjął charakter misyjny. Augustyn z Canterbury udał się do Anglii, Patryk do Irlandii, a Cyryl i Metody udali się do Europy Wschodniej. Rozpoczęło się odrodzenie Kościoła. 

Około roku 1000 Kościół znowu doświadczył upadku, tym razem pod wpływem najazdów muzułmańskich. Wyznawcy islamu zostali zatrzymani w wielkiej bitwie pod Poitiers, zaledwie dwieście kilometrów przed Paryżem. Później – formując półksiężyc – dotarli do bram Wiednia. Za sprawą patriarchów Focjusza i Michała Cerulariusza  w Konstantynopolu doszło do schizmy, czyli podziału Kościoła. W roku 700 mieliśmy w północnej Afryce sześciuset biskupów. Obecnie mamy około pięciu. Wydawało się, że to koniec, ale Kościół odrodził się ponownie. 

Następnie śmierć przyszła po raz trzeci. Wewnętrzny rozkład i zepsucie w Kościele były znacznie głębsze niż w naszych czasach. Duchowni i osoby zakonne odchodzili ze swoich wspólnot. Głowy Kościoła również nie dawały dobrego przykładu: papież Leon X spędził dwa miesiące na polowaniu poza Rzymem. Koniec wydawał się bliski. Wtedy pojawili się reformatorzy. Niestety, reformatorzy prawie zawsze reformują nie to, co wymaga zreformowania. Zaczęli poprawiać sposób myślenia, chociaż to nie myśl Kościoła była błędna, lecz postępowanie jego ludzi. Tym problemem zajęto się w Trydencie. Po soborze trydenckim Kościół ponownie się odrodził.

Obecnie po raz czwarty zbliżamy się do śmierci. Jesteśmy coraz bardziej zepsuci. Brakuje nam żarliwości, wiedzy i zapału w sercach. Świat ogłasza śmierć Kościoła. Jedną z ulubionych dziennikarskich rozrywek jest pisanie artykułów na temat: „Czy chrześcijaństwo umarło?". Jednak dla ludzi, którzy znają dzieje świata, nie jest to powód do zbytnich obaw. 

Nieprzyjaciel

W każdym z wymienionych wyżej pięciusetletnich okresów Kościół zmagał się z innym wrogiem wewnętrznym. W pierwszych pięciu wiekach czynnikiem, który zapoczątkował proces rozkładu, była fałszywa doktryna dotycząca historycznej osoby Chrystusa. Zadawano pytania: Kim On był? Ile miał umysłów? Miał jedną wolę, czy więcej? Ile miał natur? W ilu istniał osobach? Z tych pytań zrodziły się herezje chrystologiczne, które ostatecznie doprowadziły do rozłamu w Kościele. Zagłębianie się w teologiczne niuanse doprowadziło do sytuacji, w której ludzie zaczęli poszukiwać prostoty, a to stało się jednym z czynników umożliwiających rozwój islamu. Jak anglikański purytanizm doprowadził do wyodrębnienia się unitarian z kalwinizmu, tak islam wyłonił się z teologicznych dywagacji, w jakie wdawaliśmy się w pierwszych pięciu wiekach chrześcijaństwa. Taka była natura ówczesnych ataków. W drugim cyklu atak skierowany był przeciwko głowie Kościoła. W tamtym czasie Kościół Wschodni odrzucił autorytet następcy św. Piotra. W XVI wieku celem ataku była już nie głowa, lecz Mistyczne Ciało Chrystusa czyli Jego Kościół. 

Obecnie nie atakuje się Chrystusa jako historycznej osoby ani głowy Jego Kościoła. Nie ma już herezji ani schizm. Obiektem ataku nie jest więc Mistyczne Ciało Chrystusa. W czwartym okresie historii chrześcijaństwa działanie sił demonicznych przejawia się w spadku znaczenia centralnej roli Jezusa. Obecnie naszym wrogiem jest duch tego świata. Świata, w którym żyjemy. Musimy się do niego dostosować, w przeciwnym razie zostaniemy napiętnowani. Jezus powiedział: „Ja was wybrałem ze świata" (J 15,19). My odpowiadamy: „Nie, to my powinniśmy zdobyć świat, a żeby to uczynić, musimy stać się jego częścią". Uleganie duchowi tego świata to najprostsza droga do upadku, a my znajdujemy tysiące wymówek, aby nią pójść. Stwierdzamy na przykład: „Sobór Watykański powiedział, że mamy być obecni w świecie". Tek! Ale nic nie mówił o tym, że mamy się do świata  upodabniać. A to ogromna różnica.

Uważam, że żyjemy u schyłku świata chrześcijańskiego. Nie mam jednak na myśli schyłku chrześcijaństwa. Pod terminem „świat chrześcijański" rozumiem bowiem gospodarcze, moralne, społeczne i prawne życie narodu, inspirowane etyką Ewangelii. Wymienię teraz trzy zjawiska, które moim zdaniem świadczą o tym, że świat chrześcijański dobiega końca. Po pierwsze brak poszanowania dla świętości życia: w Stanach Zjednoczonych w ostatnich kilku latach dokonano dwóch milionów aborcji. Po drugie brak  uznania świętości związku małżeńskiego. Małżeństwo zawsze było znakiem i symbolem przymierza Boga z ludzkością. Po trzecie przekonanie, że Bóg umarł, a człowiek musi budować własny świat. W naszych czasach dyskredytowane są nawet cnoty kardynalne (naturalne), które stanowiły fundament dla cnót nadprzyrodzonych. Oznacza to, że chrześcijaństwo nie jest już zaczynem dla świata. zawładnął nami duch światowości. Im szybciej to zrozumiemy, tym szybciej nauczymy się rozwiązywać problemy w dziedzinach takich jak edukacja szkolna, kształcenie seminarzystów czy katechetyka. Musimy się zmienić – my jako Kościół. W tej chwili bowiem znajdujemy się w stanie zawieszenia między śmiercią starej cywilizacji i kultury a narodzinami nowej. To, co dawne, jest już martwe, a więc bezsilne, a to, co nowe, nie ma jeszcze siły, by się narodzić. 

Abp Fulton J. Sheen

Przełożył Zbigniew Kasprzyk

Powyższe rozważania pochodzą z książki abpa Sheena zatytułowanej „O siłach zła" (zebrał i opracował ks. Dave Tomaszycki), Wydawnictwo Esprit, Kraków 2026