9 lutego 2026 roku biskup Louis Tylka, biskup diecezji Peorii w stanie Illinois w Stanach Zjednoczonych, z radością ogłosił wiadomość, na którą wielu długo czekało: Watykan dał zielone światło dla beatyfikacji biskupa Fultona Sheena (1895–1979), biskupa i znanego kaznodziei amerykańskiego radia i telewizji, jednego z pierwszych, którzy dostrzegli znaczenie mediów dla szerzenia wiary katolickiej.

Co jest dość niezwykłe, w tym przypadku, to fakt, że beatyfikacja biskupa Sheena musiała pokonać dwie poważne przeszkody, zanim doszła do tego punktu.

Po pierwsze, beatyfikacja była pierwotnie planowana na 21 grudnia 2019 r. w katedrze w Peorii — gdzie Fulton Sheen przyjął święcenia kapłańskie 100 lat wcześniej, w 1919 r. — po tym, jak papież Franciszek zatwierdził w lipcu 2019 r. cud przypisywany wstawiennictwu biskupa Sheena. (Cud ten, którego szczegóły są omówione na stronie 30 tego numeru, wydarzył się w 2010 r.)

Jednak ku zaskoczeniu wszystkich, 3 grudnia 2019 r., zaledwie dwa tygodnie przed planowaną ceremonią, biskup Peorii ogłosił, że beatyfikacja została odroczona przez Watykan na czas nieokreślony. Opóźnienie nastąpiło na prośbę niektórych amerykańskich biskupów, w tym ówczesnego biskupa Rochester, biskupa Salvatore Matano, który poprosił o odroczenie z obawy przed oskarżeniami dotyczącymi rozpatrywania spraw nadużyć duchowieństwa, które mogłyby zostać wysunięte przeciwko biskupowi Sheenowi, który pełnił funkcję biskupa Rochester w latach 1966-1969. Oczywiście, nie stwierdzono żadnej winy ani wykroczenia ze strony biskupa Sheena, a zatem za zgodą Watykanu, beatyfikacja odbędzie się w 2026 roku, prawdopodobnie we wrześniu.

Druga przeszkoda pojawiła się już we wrześniu  2014 roku. Po tym, jak komisja siedmiu watykańskich ekspertów medycznych jednogłośnie stwierdziła, że nie ma naturalnego wyjaśnienia uzdrowienia z 2010 roku, proces beatyfikacji biskupa Sheena został zawieszony z powodu sporu prawnego między archidiecezją nowojorską, kustoszem doczesnych szczątków biskupa Sheena (pochowanych w katedrze  św. Patryka w Nowym Jorku), a diecezją w Peorii, która chciała je przejąć. Po kilku postępowaniach prawnych, archidiecezja nowojorska zgodziła się 9 czerwca 2019 roku na przeniesienie ciała do Peorii, umożliwiając tym samym kontynuację procesu.

Biskup Sheen nie był zwykłym biskupem. Był jednym z największych propagatorów wiary w XX wieku. W latach 1951–1957 jego program telewizyjny „Warto żyć" przyciągał ponad 30 milionów widzów tygodniowo, zarówno katolików, jak i niewierzących. W 1952 roku biskup Sheen zdobył nawet nagrodę Emmy w kategorii „Najwybitniejsza Osobowość Telewizyjna". Odbierając nagrodę, z charakterystycznym dla siebie humorem, oświadczył: „Pragnę podziękować moim czterem autorom – Mateuszowi, Markowi, Łukaszowi i Janowi". 

Oto opis życia tego niezwykłego biskupa i przyszłego błogosławionego, opublikowany w majowym biuletynie duchowym Opactwa Świętego Józefa w Clairval we Francji (www.clairval.com).

Dom Antoine-Marie, O.S.B.

2 października 1979 roku w katedrze św. Patryka w Nowym Jorku, przed ogromnym tłumem wiernych, którzy przybyli, by powitać Papieża, czcigodny osiemdziesięciolatek wśród amerykańskich biskupów z trudem podszedł i uklęknął. Jan Paweł II podniósł go na nogi i objął, mówiąc: „Pisałeś i mówiłeś dobrze o Panu Jezusie Chrystusie. Jesteś wiernym synem Kościoła".

(Uwaga redaktora: Tym biskupem był Fulton Sheen. Pomimo słabego zdrowia, nadal pragnął wziąć udział w spotkaniu z Janem Pawłem II podczas wizyty apostolskiej Papieża w Stanach Zjednoczonych. Przybył wówczas karetką do katedry św. Patryka w Nowym Jorku. Biskup Sheen zmarł kilka tygodni później, 9 grudnia 1979 r.)

Tłum był wzruszony tym gestem, a prałat był głęboko poruszony słowami Papieża. Nic nie mogło dać arcybiskupowi Fultonowi Sheenowi większej radości u kresu życia całkowicie poświęconego miłości Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła. W Jego własnych słowach: Kościół jest „Świątynią Życia, w której jestem żywym kamieniem; jest Drzewem Wiecznego Owocu, którego jestem Gałęzią; jest Mistycznym Ciałem Chrystusa na ziemi, którego jestem członkiem. Kościół jest zatem czymś więcej dla mnie niż ja sam dla siebie… Staje się tak absorbujący, że jego myśli są moimi myślami; jego miłości są moimi miłościami; jego ideały są moimi ideałami. Uważam dzielenie się jego życiem za największy dar, jaki Bóg mi kiedykolwiek dał, tak jak utratę jego życia uważam za największe zło, jakie mogłoby mnie spotkać… Moje życie jest jego życiem, moje istnienie jest jego istnieniem, ma on moją miłość i moją służbę".

Arcybiskup Sheen urodził się 8 maja 1895 roku w El Paso w stanie Illinois i jest pierwszym z czterech chłopców urodzonych z ojca Newtona Sheena i matki Delii Fulton, którzy prowadzili skromny sklep z narzędziami. W dniu chrztu został złożony na ołtarzu Najświętszej Maryi Panny jako znak szczególnego poświęcenia Królowej Nieba. Podczas chrztu otrzymał imiona Piotr i Jan, ale powszechnie nazywano go panieńskim nazwiskiem matki, Fulton, i to właśnie pod tym imieniem stał się znany.

Pięć lat później, z powodów ekonomicznych, rodzina została zmuszona do przeprowadzki w pobliże miasta Peoria. Tam Fulton pomyślnie ukończył szkołę podstawową i średnią. Przez całe życie był wdzięczny za to, że miał głęboko katolickich rodziców. „Najlepsze wpływy w życiu" – pisał – „są nieświadome, niezamierzone; gdy nikt nie patrzy, gdy nie oczekuje się reakcji na dobry uczynek. Taki jest długotrwały wpływ matki w domu; wypełniając swoje codzienne obowiązki z miłością i duchem poświęcenia, pozostawia ona na dzieciach ślad, który pogłębia się z biegiem lat".

Fulton miał normalne wykształcenie i okazał się wszechstronnie uzdolnionym uczniem. Latem pomagał ojcu w gospodarstwie, pomimo braku zainteresowania pracą rolniczą, ponieważ posiadał zainteresowania intelektualne. Pewnego dnia sąsiad powiedział ojcu: „Ten twój najstarszy syn, Fulton, nigdy nie będzie nic wart. Zawsze siedzi z nosem w książkach". Po ukończeniu szkoły średniej młody Fulton poszedł na uniwersytet, gdzie jego sukcesy zapewniły mu stypendium doktoranckie. Jednak poczuł powołanie do kapłaństwa. Poprosił o radę dobrego księdza, ojca Bergana, który odpowiedział mu bez ogródek: „Porzuć stypendium. Tego, właśnie tego chce od ciebie Pan; ufając Mu, otrzymasz o wiele lepsze wykształcenie uniwersyteckie po otrzymaniu święceń niż przedtem". Fulton postanowił więc wstąpić do seminarium. Nigdy tego nie żałował.

Znaczny czas

20 września 1919 roku, w dniu święceń kapłańskich, złożył dwie obietnice: że będzie spędzał godzinę przed Najświętszym Sakramentem każdego dnia swojego życia, oraz że będzie odprawiał Mszę Świętą w każdą sobotę ku czci Najświętszej Maryi Panny, aby wypraszać opiekę Królowej Niebios dla swojego kapłaństwa. Później mówił o „głębokim, ekstatycznym poczuciu miłości, które towarzyszy święceniom i odrzuca nas od wszelkiej innej miłości". Godzina Święta stała się częstym przedmiotem jego refleksji i kazań, zwłaszcza gdy przemawiał do księży. Twierdził, że kapłan nie może dawać Chrystusa innym, jeśli nie spędza znacznej ilości czasu każdego dnia w Jego obecności: „Ani wiedza teologiczna, ani sama działalność społeczna nie wystarczą, aby utrzymać nas w miłości do Chrystusa, jeśli jedno i drugie nie będzie poprzedzone osobistym spotkaniem z Nim".

Dlaczego? Ponieważ chodzi o miłość, a miłość wymaga, by spędzać czas z ukochaną osobą: „Bardzo niewiele dusz medytuje; albo boją się tego słowa, albo nigdy nie poznali jego istnienia. W porządku ludzkim osoba zakochana jest zawsze świadoma ukochanej osoby, żyje w obecności drugiej osoby, postanawia wykonywać jej wolę i uważa za swoją największą zazdrość prześcignięcie siebie przez nią w samoofiarowaniu. Zastosuj to do duszy zakochanej w Bogu, a poznasz podstawy medytacji".

Wkrótce po święceniach kapłańskich Fulton zapisał się na Katolicki Uniwersytet Ameryki w Waszyngtonie, gdzie uzyskał stopnie naukowe z teologii i prawa kanonicznego. Zamiast kontynuować studia w Ameryce, poprosił o możliwość uzyskania doktoratu na uniwersytecie europejskim i wybrał Uniwersytet w Louvain w Belgii. Po otrzymaniu doktoratu w lipcu 1925 roku, Sheen zdał kolejne egzaminy kwalifikujące go na profesora filozofii na najwyższym poziomie. Następnie został mianowany  wikarym w biednej parafii w swojej rodzinnej diecezji Peoria w stanie Illinois.

Po studiach, które właśnie ukończył, wielu było zaskoczonych tą nominacją, która wydawała się upokarzająca dla tak błyskotliwego księdza. Jednak on z wdzięcznością przyjął tę posługę. Całkowicie oddał się duszpasterstwu i wkrótce stał się przyjacielem wszystkich, uzyskując liczne nawrócenia. Po ośmiu miesiącach biskup wyznał mu: „Trzy lata temu obiecałem ci stanowisko wykładowcy Katolickiego Uniwersytetu Ameryki, ale wszyscy mówili, że zdobyłeś taką sławę w Europie, że nie przyjmowałbyś już więcej rozkazów. Ale byłeś grzecznym chłopcem, więc biegnij dalej".

Ojciec Sheen pozostał w Waszyngtonie przez ponad dwadzieścia lat, bardzo ceniony przez swoich uczniów. Jeden z nich powiedział później: „Na jego zajęciach nie przyszłoby wam do głowy podnieść ręki bardziej niż powiedzieć słońcu, żeby na chwilę przestało świecić. Nie mogę też szczerze powiedzieć, że chcielibyście. Był tym urzekającym nauczycielem". Młody ksiądz uważał nauczanie za „jedno z najszlachetniejszych powołań na ziemi, bo ostatecznie celem wszelkiej edukacji jest wiedza i umiłowanie prawdy".

Jego zdolności intelektualne nie przeszkodziły mu w pozostawaniu przez całe życie bardzo blisko prostych wiernych ludzi. Okazując wielką życzliwość wszystkim, nigdy nie olśniewał innych swoją wiedzą. Starał się raczej zawsze uczyć czegoś od osoby, z którą rozmawiał. W swoim nauczaniu zaczynał od stawiania się na poziomie swoich uczniów, aby stopniowo wznosić ich wyżej.

Zdejmując maski

Jego pełnoetatowa profesura nie powstrzymywała go od przyjmowania licznych zaproszeń do wygłaszania rekolekcji lub wykładów. Przygotowywał swoje wykłady z wielką starannością, zawsze przemawiając na stojąco i bez notatek; lubił mawiać, że nikt nie rozpala ognia siedząc. Jego jasne i precyzyjne przedstawianie prawd wiary katolickiej było przeplatane humorystycznymi anegdotami, które przyciągały uwagę słuchaczy.

Wkrótce jego sława rozprzestrzeniła się szeroko. Czuł, że światu najbardziej brakuje prawdziwej wiary. Dlatego nie wahał się z przekonaniem przypominać swoim słuchaczom o wielkich prawdach Ewangelii, które, gdy się nad nimi medytuje, przynoszą nawrócenie dusz: śmierć, sąd, niebo i piekło. Dla niego współczesny człowiek pragnął niemożliwego: religii bez Krzyża, Chrystusa bez Golgoty, królestwa bez sprawiedliwości, a w swoim kościele „łagodnego dziekana, który nigdy nie wspomina o piekle grzecznym uszom".

Ale to nie jest wiara Kościoła. W rzeczywistości, podczas sądu, przypomina nam, „każdy człowiek będzie musiał sam się przekonać, że ciasna jest brama i wąska droga do Życia Wiecznego i niewielu jest takich, którzy przez nią wchodzą… Tam wszystkie maski zostaną zdjęte; wystąpi z szeregów, z dala od tłumu, a jedynym głosem, jaki usłyszy, będzie głos sumienia, który… ujawni jego prawdziwe ja;… Nie zostaną mu podane żadne środki nasenne, które sprawią, że zapomni, ani nie uniosą go w uroczą nieodpowiedzialność snu; nie zostaną mu podane żadne koktajle w niebiańskich barach z anielskimi barmankami, które uczynią go głuchym na głos sumienia".

 Pół wieku później święty Jan Paweł II napisał podobnie: „Kościół nie może też — bez poważnego naruszenia swego istotnego orędzia — pominąć stałej katechezy o tym, co tradycyjny język chrześcijański określa jako rzeczy ostateczne człowieka: śmierć, sąd (szczegółowy i powszechny), piekło i niebo … Tylko w tej eschatologicznej wizji można pojąć dokładny wymiar grzechu i znaleźć decydującą zachętę do pokuty i pojednania" (Adhortacja apostolska Reconciliatio et Paenitentia, 2 grudnia 1984 r., nr 26).

Począwszy od 1928 roku głos ojca Sheena był regularnie nadawany w eterze w programie „Godzina katolicka". Przez ponad dwadzieścia lat starał się on, w prostych słowach, przedstawiać słuchaczom istotę wiary katolickiej, której bronił przed współczesnymi atakami. W wyniku tych audycji otrzymywał wiele listów (od 3000 do 6000 tygodniowo). Wielu korespondentów przesyłało pieniądze, które on hojnie rozdawał potrzebującym. „Z czasem Bóg zastępuje każdą rozdawaną energię i pieniądze" – odpowiadał tym, którzy narzekali na jego hojność. W 1934 roku jego sława zaowocowała mianowaniem go szambelanem papieskim z tytułem „Monsignor". W 1951 roku został zaproszony do głoszenia Ewangelii w telewizji w programie „Warto żyć". Ten apostolat trwał siedem lat. 

Czołowa postać

Przez dziesięciolecia prałat Sheen pozostawał czołową postacią w walce z komunizmem. Zamiast obarczać odpowiedzialnością za sukces tej ideologii wyłącznie rosyjskich rewolucjonistów, nie wahał się przypisać jej sukcesu zsekularyzowanemu Zachodowi, który utracił wiarę, źródło swojej wielkości: „W miarę jak cywilizacja zachodnia traci chrześcijaństwo, traci również swoją wyższość. Ideologia komunizmu zrodziła się ze zsekularyzowanych pozostałości cywilizacji zachodniej, której dusza była kiedyś chrześcijańska". Co więcej, przewidywał, że moralna dekadencja Zachodu doprowadzi do jego niechybnego upadku, jeśli nie podejmie poważnej reformy. Cytując historyka Arnolda Toynbee'ego, Sheen wskazał, że „szesnaście z dziewiętnastu cywilizacji, które upadły od początku historii aż do dziś, upadło od wewnątrz". 

Pisanie książek (napisał ich 66) i staranne przygotowywanie homilii, przemówień i audycji telewizyjnych zajmowało mu mnóstwo czasu; mimo to znalazł sposób, aby odwiedzać biednych, chorych i odległe misje w Trzecim Świecie, osobiście odpowiadać na dziesiątki tysięcy listów i nauczać wielu ludzi, którzy przychodzili do wiary lub do niej powracali. Podkreślał, że łaska Boża szuka duszy, która jest na nią otwarta. Lubił mawiać: „Zasuwka jest po naszej stronie, a nie po stronie Boga" i „Bóg nie wyważa drzwi. To my blokujemy Mu wejście".

Rozmyślał nad współczesnym zjawiskiem ateizmu: „Ateizm, w dziewięciu przypadkach na dziesięć" – oznajmił – „rodzi się z łona nieczystego sumienia. Niewiara rodzi się z grzechu, a nie z rozumu". I z radością radził tym, którzy znaleźli się w takiej sytuacji: „Jeśli chcesz poznać Boga, jest tylko jeden sposób: uklęknij na kolana… Jeśli nie czcisz Boga, czcisz coś, a w dziewięciu przypadkach na dziesięć będziesz to ty sam".

Nie sposób zliczyć osób, które nawrócił ten niestrudzony apostoł. „Nigdy nie prowadzę rejestru nawróconych" – przyznał – „aby nie popaść w błąd myślenia, że to ja ich stworzyłem. Dobry Bóg nigdy nie pozwoliłby mi mieć kolejnego. Ukarałby mnie za moją pychę". Człowiek, który chodzi pod drzewami obciążonymi dojrzałymi jabłkami, zbiera je bez wysiłku. W ten sam sposób uznawał, że każde nawrócenie jest przede wszystkim darem od Boga, udzielonym poprzez modlitwę, bez której nic dobrego nie może zostać uczynione w porządku łaski.

Gdzie są wasi bogowie?

Fulton postrzegał wojny, które toczyły się w ciągu jego życia, jako wynik mnóstwa grzechów. W istocie, naruszenie prawa moralnego samo w sobie pociąga za sobą poważne konsekwencje – to grzech przynosi cierpienie. W odpowiedzi tym, którzy wskazują palcem na Boga, obarczając Go odpowiedzialnością za zło, napisał: „Jedynym momentem, kiedy niektórzy ludzie… myślą o Bogu, jest ten, gdy chcą znaleźć kogoś, kogo można winić za własne grzechy. Nie mówiąc tego nigdy, zakładają, że człowiek jest odpowiedzialny za wszystko, co dobre i piękne na świecie, ale Bóg jest odpowiedzialny za jego niegodziwość i wojny… Ignorują fakt, że Bóg jest jak dramaturg, który napisał piękny dramat, dał go ludziom do odegrania ze wszystkimi instrukcjami aktorskimi, a oni go spaprali".

Skonfrontowany z niewierzącymi, którzy pytają, kiedy wszystko idzie źle: „Gdzie jest Bóg?", odpowiedział: „Gdzie są teraz wasi bogowie? Gdzie jest wasz bóg Postęp w obliczu dwóch wojen światowych w ciągu 21 lat? Gdzie jest wasz bóg Nauka, teraz, gdy poświęca swoją energię zniszczeniu? Gdzie jest wasz bóg Ewolucja teraz, gdy świat odwrócił się w jedną wielką rzeźnię?".

 Po konsekracji biskupiej w Rzymie, 11 czerwca 1951 roku, biskup Fulton Sheen został mianowany biskupem pomocniczym Nowego Jorku. Pełnił tę posługę przez piętnaście lat, kierując jednocześnie Towarzystwem Krzewiania Wiary, organizacją, której zadaniem było koordynowanie pomocy misyjnej dla wszystkich amerykańskich diecezji, we współpracy ze Stolicą Apostolską. W tej roli zebrał znaczne sumy na misje. Na jego herbie biskupim widnieje łacińskie motto „Da per matrem me venire", które można przetłumaczyć jako „modlitwę synowską: »Spraw, abym mógł przyjść przez Matkę« ". Na swój sposób podsumowuje ono jeden z centralnych tematów jego duchowości: ufność we wstawiennictwo Maryi, połączoną z żarliwą wiarą eucharystyczną.

Ale jego sława i pieniądze, które przechodziły przez jego ręce, wzbudzały zazdrość i krytykę. Spór z wysokim dostojnikiem kościelnym (kardynałem Spellmanem z Nowego Jorku) o rządowy dar na rzecz misji pozostał dla niego bolesnym cierniem przez dekadę. Paradoksalnie, ten konflikt pomógł mu postępować w nocy wiary i odkryć tajemniczą radość cierpienia ze Zbawicielem: „Jeśli w naszym życiu nie będzie Wielkiego Piątku, nigdy nie będzie Niedzieli Wielkanocnej" – napisał. „Tak istotne jest umieranie dla siebie – preludium do prawdziwego życia". Podczas podróży do Ziemi Świętej i innych miejsc związanych z historią biblijną, biskup Sheen zatrzymał się w Efezie, mieście ewangelizowanym przez św. Pawła, który omal nie stracił tam życia (por. Dz 19). „Efez nauczył mnie" – powiedział prałat – „że głoszenie Słowa Bożego zawsze będzie prowokować antagonizmy. Czy to przeciwko komunizmowi, czy przeciwko chciwości, czy przeciwko rozwodom, czy aborcji, będzie nie tylko indywidualne prześladowanie, ale zorganizowany bunt".

Biskup Sheen uczestniczył we wszystkich sesjach Soboru Watykańskiego II, podejmując szereg interwencji. W 1966 roku został mianowany biskupem Rochester, stanowisko to piastował przez trzy lata. W 1969 roku oficjalnie przeszedł na emeryturę i otrzymał wówczas honorowy tytuł arcybiskupa. Jednak jego aktywność nie osłabła – wykłady i konferencje przed najbardziej różnorodną publicznością prowadziły go po Stanach Zjednoczonych i Europie.

Znalazł nawet energię, by zrealizować nowy serial telewizyjny zatytułowany „Co teraz, Ameryko?". To było tak, jakby chciał umrzeć w zaprzęgu! Lata po Soborze naznaczone były wielkimi cierpieniami – choć cieszył się z niektórych reform, głęboko niepokoił go chaos, jaki zdawał się panować w Kościele. „Odsunęliśmy się od standardu Chrystusa, by zbliżyć się do standardu świata. Nie pytamy siebie: »Czy to podoba się Chrystusowi?« , ale »Czy to podoba się światu?« . Będę więc ubierać się i postępować w taki sposób, aby nie być oddzielonym od świata; chcę być z nim. Poślubiamy ten wiek, a w przyszłym stajemy się wdowami. Przyjmujemy jego słownictwo, jego mody. To jest jeden z powodów tak dużej niestabilności w dzisiejszym Kościele: piasek, po którym stąpamy, osuwa się. Porzuciliśmy skałę, którą jest Chrystus". 

Wizjer

W 1976 roku arcybiskup senior udał się do Rochester, na uroczystość poświęcenia Archiwum Sheena, zbioru jego pism i nagrań zgromadzonych w seminarium diecezjalnym. Przy tej okazji zwierzył się tym, którzy mieli nadzieję znaleźć jego „sekret" w tych archiwach: podczas podróży do Paryża uwielbiał odwiedzać dawny klasztor karmelitów, przekształcony w akademik. „Tam" – powiedział – „jest jeden pokój, który zawsze odwiedzam. Jest na końcu korytarza… a nad biurkiem wydrążono wizjer.

„To był pokój wielkiego kaznodziei Lacordaire'a, a siedząc przy tym biurku, mógł on patrzeć przez ten wizjer i co zobaczył? Spoglądał na tabernakulum – spoglądał na Najświętszy Sakrament. To właśnie uczyniło Lacordaire'a wielkim. Nie ma pełnego wyjaśnienia Fultona J. Sheena w tych książkach, w tych nagraniach. Trzeba szukać tajemnicy z zewnątrz, gdzie wiedza przekształca się w mądrość, a to dzieje się tylko u stóp Chrystusa i Jego Najświętszego Sakramentu. Niech więc wszyscy, którzy wchodzą do tego pokoju, będą przypominać sobie o wizjerze. Spójrz przez niego, a zrozumiesz Fultona Johna Sheena".

W 1977 roku jego zdrowie zaczęło szwankować. Przeszedł operację na otwartym sercu, której nigdy wcześniej nie przeprowadzano u mężczyzny w jego wieku. Tak szybko jak to możliwe potem ksiądz przyszedł, aby odprawić Mszę u stóp jego łóżka. Cierpiący arcybiskup zdołał wyszeptać słowa konsekracji i, dysząc, wyjaśnił treść Mszy Świętej jednemu z uczestników, który nie był katolikiem. Nawet w tych ekstremalnych okolicznościach potraktował poważnie słowa św. Pawła Apostoła: Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii! (por. 1 Kor 9, 16). Pewnego wieczoru, gdy leżał na oddziale intensywnej terapii i ledwo przytomny, usłyszał pielęgniarkę mówiącą o innym pacjencie, który umierał na sąsiednim łóżku. Nie mogąc unieść ręki, Sheen uniósł palec i nakreślił znak krzyża w kierunku umierającego, udzielając mu warunkowego rozgrzeszenia na progu wieczności. 

Na plecach

We wrześniu 1978 roku wrócił do szpitala na cztery miesiące. Napisał do kuzyna: „Nie mam żadnych zastrzeżeń do mojego stanu, ponieważ głęboko wierzę, że Pan często kładzie nas na plecach, abyśmy wciąż patrzyli w niebo". Podczas tego pobytu pocieszył starszego mężczyznę i przywrócił go do wiary, po tym jak ten był z dala od Kościoła przez czterdzieści pięć lat i próbował popełnić samobójstwo. Po wielu godzinach rozmowy arcybiskup Sheen wysłuchał jego spowiedzi, pojednał go z Kościołem i udzielił mu Komunii Świętej. To wydarzenie było ogromną pociechą dla starzejącego się arcybiskupa, który dostrzegł w nim owoc własnych cierpień, z chęcią przyjętych: „Prosiłem Pana, aby moje cierpienia przyniosły dobro jakiejś duszy i On wysłuchał tej modlitwy".

Niestrudzony, powrócił do swojej działalności po wyjściu ze szpitala. W styczniu 1979 roku został zaproszony na Narodowe Śniadanie Modlitewne w Waszyngtonie, w obecności Jimmy'ego Cartera, ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Czcigodny prałat rozpoczął swoje przemówienie słowami: „Panie Prezydencie, jest pan grzesznikiem". Po chwili ciszy kontynuował: „Jestem grzesznikiem". Następnie, wodząc wzrokiem po obecnych celebrytach, powiedział: „Wszyscy jesteśmy grzesznikami i wszyscy musimy zwrócić się do Boga". Billy Graham, który był obecny, oświadczył, że było to jedno z najbardziej elokwentnych i inspirujących kazań, jakie kiedykolwiek słyszał. 

W Wielki Piątek tego roku, znacznie osłabiony przez swoje dotkliwe cierpienia, arcybiskup Sheen po raz ostatni wszedł na ambonę kościoła św. Agnieszki w Nowym Jorku, zdecydowany wygłosić homilię, nawet jeśli miałoby go to kosztować życie. Zawsze myślał, że ambona będzie dobrym miejscem na śmierć. Ale miesiące mijały… W końcu, 9 grudnia 1979 roku, Fulton Sheen otrzymał łaskę, o którą często prosił: umrzeć przed Najświętszym Sakramentem. Chwilę wcześniej wyznał swoje pragnienie opuszczenia tego świata: „Nie chodzi o to, że nie kocham życia; kocham. Po prostu chcę zobaczyć Pana. Spędziłem godziny przed Nim w Najświętszym Sakramencie. Rozmawiałem z Nim w modlitwie i o Nim z każdym, kto chciał słuchać, a teraz chcę zobaczyć Go twarzą w twarz".

Proces beatyfikacyjny arcybiskupa Sheena, otwarty w 2002 roku, zaowocował w 2012 roku ogłoszeniem heroiczności jego cnót. Od tego momentu nosi on tytuł „Sługi Bożego". Modląc się o jego kanonizację, prośmy go, aby podzielił się z nami swoją głęboką miłością do Jezusa w Eucharystii i troską o wieczne przeznaczenie dusz.

 Dom Antoine-Marie, O.S.B.

Niniejszy artykuł został przedrukowany za zgodą Opactwa Clairval we Francji, które co miesiąc publikuje biuletyn duchowy o życiu świętego. Adres pocztowy: Dom Antoine Marie, Opat, Opactwo Saint-Joseph de Clairval 21150 Flavigny-sur-Ozerain, Francja. Strona internetowa: http://www.clairval. com

Dlaczego Fulton Sheen pozostaje aktualny do dziś:

• Wybitny mówca, potrafił łączyć teologiczną głębię z przystępnym językiem.

• Wizjoner, jako pierwszy zrozumiał znaczenie mediów w kształtowaniu sumień.

• Jako duszpasterz, z jasnością i współczuciem prowadził społeczeństwo w okresie transformacji.

• Jako świadek, uosabiał radosną, inteligentną i odważną wiarę.