W obecnej nauce ekonomii liczy się tylko to, co da się wyliczyć.

W naszej codziennej rzeczywistości, to co najważniejsze, jest niewyliczalne.

Zalety medycyny najmocniej odczuwamy w sytuacjach nagłego zagrożenia, gwałtownie nasi­lających się dolegliwości, urazów, zatruć, oparzeń. Dopóki nic takiego nas nie spotyka, wolimy na ogół trzymać się z dala od lekarzy. Procesy przewlekłe często przez długi czas nie powodują wyraźnych objawów, a drobne dolegliwości z reguły lekcewa­żymy jako przemijający wynik zdenerwowania, przemęczenia itp. Pozwala nam to nadal nieuważ­nie obchodzić się ze swoim organizmem, w spo­sób, jaki uznalibyśmy za niedopuszczalny wobec np. naszego samochodu. Z zaskoczeniem stwier­dzamy, że ktoś tyle czasu był zdrowy, a tak nagle „się zwinął". Dopatrujemy się błędów leczenia, nieskuteczności medycyny w dziedzinach innych niż zabiegowe, finansowej niemożności zakupu drogich leków, które na pewno by pomogły.

I tak liczymy na automatyczne polepszenie re­zultatów dzięki większym dawkom i coraz „moc­niejszym" lekom. Liczymy na automatyczną po­prawę zdrowia, jeśli tylko uda się obniżyć alarmu­jące poziomy wskaźników, gorączkę, ciśnienie, cholesterol. Liczymy tym bardziej, im więcej wy­damy pieniędzy. Liczymy, że doraźny brak silnych dolegliwości lub ich szybkie ustąpienie oznacza, że z naszym organizmem jest nadal albo ponownie wszystko w porządku.

Podobne błędy popełniają też organizatorzy i administratorzy systemów, m. in. systemu służby zdrowia. Nie docenia się sprzężenia zwrotnego inwestycji w służbę zdrowia z siłą nabywczą społe­czeństwa. A przecież więcej pieniędzy w naszej kieszeni, to także więcej pieniędzy na opiekę zdrowotną. Nie docenia się zysku realnego, a przecenia się zysk pieniężny uważając, że są one automatycznie proporcjonalne i że samo zwięk­szenie finansowania wszystko załatwi. Lecz czy ciągłe zwiększanie ilości i dawek zażywanych le­ków naprawdę uczyni nas zdrowszymi?

Praktykuje się zasadę finansowego dyskonto­wania przyszłości mówiącą, że np. lepiej się opłaca zaraz wyciąć las i złożyć pieniądze do banku niż hodować go przez kilkadziesiąt lat. Bar­dziej opłaca się składać na procent pieniądze niż wydawać je na wychowanie dziecka. Eksperci przekonują nas, że zysk pieniężny przedsiębiorców prywatnych przekłada się automatycznie na lepsze zaspokojenie potrzeb społeczeństwa. W każdym razie ekonomiści tłumaczą nam, że zysk finansowy powinien być jak najszerzej sprywatyzowany. Lecz dla nas liczy się powszechna dostępność podsta­wowych dóbr. Chcemy, aby Państwo to wszystkim umożliwiało. Politycy obiecują poprawę opieki zdrowotnej dzięki kolejnym reformom. A może należałoby przede wszystkim nie szkodzić, jak podpowiada medyczna roztropność. Teoria syste­mów mówi, że jeśli coś jest bardzo skompliko­wane, to postępowanie ewolucyjne daje lepsze wyniki. Za „rewolucje" zawsze płacimy – w istocie pewnie po to, aby wszystko zostało zasadniczo po staremu.

Uważam, że nie uwzględnianie tych ostrzeżeń prowadzi do niezgodności oczekiwanych skutków naszych działań z faktycznymi rezultatami. Zaska­kują nas nagłe zaostrzenia chorób. Lekarz na­rzeka, że interwencja jest spóźniona, a szanse wyleczenia są małe. Rezultatem w dziedzinie sys­temu opieki zdrowotnej jest zajmowanie się przede wszystkim przypadkami jaskrawo naglącymi. Za­łamuje się profilaktyka, wczesna diagnostyka i leczenie. Następuje eksplozja kosztów – znacznie spada skuteczność leczenia. Odczuwamy to jako naruszenie zaufania i poczucia bezpieczeństwa. Taki model medycyny nazywam medycyną alar­mową. Różni się on zasadniczo od tego, co nazy­wam modelem zapobiegawczym – wcześnie inter­wencyjnym, w skrócie – modelem przedalarmo­wym.

Zapobieganie i wczesne wykrywanie jest szczególnie ważne w stanach przewlekłych, takich jak nowotwory, zaburzenia sercowo-naczyniowe, nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, w przewlekłych stanach zapalnych różnych tkanek i narządów, jak np. płuca, nerki czy wątroba. We wszystkich tych przypadkach objawy mają długi okres powolnego wzrostu, po którym następuje gwałtowne przyspie­szenie.

Jeśli np. porównamy pierwszą komórkę no­wotworową raka piersi do nasiona i jeśli ilość ko­mórek podwaja się, np. co 200 dni, to guz zwięk­szy się do rozmiarów czereśni po kilkunastu latach. Dalsze zwiększanie, do rozmiarów dużego jabłka, nastąpi już po około 5 latach…

Szanse na wyzdrowienie są tym większe, a koszty mniejsze, im wcześniej zacznie się leczenie przyczynowe. Jeszcze lepiej w ogóle nie zachoro­wać. Lepszy gram zapobiegania niż kilogram le­czenia.

Medycyna przedalarmowa kładzie szczególny nacisk – przeznacza największe fundusze – na aktywizację służby zdrowia w okresie przed zacho­rowaniem i w fazie wczesnej powolnego rozwoju choroby. Do zadań medycyny przedalarmowej należałoby też propagowanie zdrowego stylu życia i zabieganie o zdrowie środowiska przyrodniczego i społecznego. Szacuje się, że te trzy czynniki de­cydują o 70-80% szans na zdrowie psychofi­zyczne. Pełna mobilizacja i kierowanie strumienia finansowego dopiero w okresie „nagłego" nasilania się patologii – to właśnie medycyna alarmowa. Postępowanie alarmowe jest konieczne w stanach gwałtownego zagrożenia zdrowia i życia. Gdy jest to wypadek losowy, reakcja musi być natychmia­stowa. Zawał serca nie jest wypadkiem losowym. Najczęstszym, nielosowym sytuacjom alarmowym można zapobiegać dzięki postępowaniu profilak­tycznemu, wcześnie interwencyjnemu. Czy ktoś przyznałby publicznie, że to się nie opłaca? Lecz jaka jest codzienna praktyka? Na leczenie w nielo­sowych przypadkach alarmowych kieruje się obec­nie ogromną większość dostępnych pieniędzy. Przypomina to zajmowanie się najpierw najmocniej nadpsutymi jabłkami, bo inaczej zaraz trzeba je będzie wyrzucić. Tymczasem te zdrowe i mniej popsute dochodzą do stanu, kiedy trzeba będzie się koniecznie zająć nimi natychmiast.

Jeśli za najbardziej opłacalną uznaje się me­dycynę profilaktyczną – wcześnie interwencyjną, to dlaczego praktyka i regulacje prawne działają wręcz przeciwnie? Dlaczego rezultaty są uporczy­wie niezgodne z oczekiwaniami? Gdzie tkwi błąd?

Poszukiwanie głównych przyczyn tego stanu nasunęło mi przypuszczenie, iż wynika on przede wszystkim ze stwierdzenia o znacznie większej opłacalności medycyny alarmowej dla przemysłu farmaceutycznego, dla producentów sprzętu dia­gnostycznego i terapeutycznego, dla instytucji ubezpieczeniowych, dla administracji państwowej, a nawet dla lekarzy i… dla samych pacjentów. Dla pacjentów jest doraźna „opłacalność" finansowa – gdy brakuje pieniędzy – lecz chyba głównie psy­chologiczna. Z drugiej strony wierzymy ekspertom, że prywatna opłacalność finansowa automatycznie lepiej zaspokoi nasze rzeczywiste potrzeby. Uwa­żamy, że wydatki i dochody z długofalowych dzia­łań są finansowo mniej opłacalne niż wydatki i dochody doraźne. Mamy tu więc sprzeczność inte­resów. W ramach modelu alarmowego można mieć duże doraźne zyski finansowe.

Natomiast zaspokajanie potrzeb w skali wie­loletniej i wielopokoleniowej jest dużo lepsze w ramach polityki przedalarmowej. Jednakże finan­sowo to się nie opłaca. W obecnym systemie fi­nansowym zyski doraźne trzeba uznać za lepsze od odległych. Mówi się przecież: „kto szybko płaci, dwa razy płaci". Jest to nieuchronny skutek tego, że banki stwarzają dla nas „pieniądz" kredytowy jako dług oprocentowany. Innym przykładem takiej sprzeczności interesu publicznego z prywatnym jest proponowana powszechna prywatyzacja szpi­tali publicznych, pełniących statutowo społeczną misję służebną, która zastąpi je korporacjami, z mocy prawa zobowiązanymi do przynoszenia jak największego zysku finansowego swoim właści­cielom. W moim przekonaniu nieuchronnie pogłębi to wspomniana sprzeczność interesów i jeszcze dokładniej ją przesłoni. Podtrzyma też i nasili ten­dencję wzrostową kosztów służby zdrowia, wbrew obietnicom zwolenników prywatyzacji. Właśnie nastawienie na zwiększanie doraźnych zysków finansowych jest jednym z głów­nych czynników stałego i coraz szybszego wzrostu kosztów służby zdrowia, widocznego także w kra­jach, gdzie ją w znacznej mierze sprywatyzowano.

Jednakże podejście alarmowe – obecne zresztą w całej gospodarce, nie tylko w medycynie – zdaje się mieć swoje pierwotne, najgłębsze źró­dło w zwodniczej identyfikacji naszej różnorodności z odrębnością, prowadzącej do przeświadczenia, że jesteśmy radykalnie osobnymi istotami, a więc posiadającymi radykalnie osobne interesy, z któ­rymi się utożsamiamy.

Musimy zobaczyć, czy faktycznie jesteśmy zbiorem zasadniczo odrębnych jednostek, a zatem życie społeczne polega głównie na ich konkurencji. Staramy się złagodzić ją pobożnymi życzeniami i wezwaniami do solidarności i miłości bliźniego. Czy może jesteśmy naprawdę organiczną całością zróżnicowanych, inteligentnych, lecz istotowo nie osobnych jednostek, pomiędzy którymi konkuren­cja też zdaje się mieć jakieś miejsce, lecz pod­stawą jest współ­działanie?

My, nasze dzieci, nasze życie, nasze zdro­wie, lasy, środowisko przyrodnicze, to coś nie­pomiernie większego niż rynkowe koncepcje.

Czy poza psychologicznymi abstrakcjami, które stwarzają i podtrzymują nasze ego, zobaczymy to, na czym świat stoi? Jak to mogłoby się stać?

Na proste pytania odpowiedź pojawia się szybko. Trudne pytania dają nam do myślenia. Pytania niemożliwe – jak to, dają nam do milcze­nia. Gdy stwierdzamy: „wszystko skrupulatnie, wnikliwie, inteligentnie przemyślałem i – nie wiem", ustaje przeszukiwanie zasobów pamięciowych. Jest przestrzeń, w której może się pojawić nowe spojrzenie, nieprzeczuwalna odpowiedź.